Zimowisko rozpoczęło się oficjalnie 10.02.2010r. jednak Dziki przybyły na nie dopiero w piątek, 12.02. Nie wiem, czemu - nie pytajcie mnie. Mam jednak pewną teorię - powodem jest… odpoczynek po Watrze, która odbywała się zaledwie kilka dni wcześniej - niestety bez mojego udziału. Tak… po raz kolejny wędrownicy rozpalili Watrę w polskich górach.
Wracając do zimowiska. Na sobotę (dzień po przybyciu Dzików) zaplanowana była wycieczka do Złotego Stoku na zwiedzanie tamtejszej kopalni złota. Feniks i Dziki oraz jeden młody Wilk (czyt. ja) wybrały się na wędrówkę na Biskupią Kopę.
Wybraliśmy niebieski szlak, który miał być dość przyjemny. Miał, bo po pierwsze na mapie z kiosku był zupełnie inaczej zaznaczony niż w rzeczywistości, a po drugie dlatego, że w niektórych momentach śnieg sięgał kolan, lub, w przypadku osób niższych, po uda.
Sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła gdy na drzewach szlak był oznaczony w dwie różne strony, co spowodowało nasze rozdzielenie się. Dziki + Wilk poszli w lewo a Feniks w prawo.
Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że nasza sytuacja jest beznadziejna, więc postanowiliśmy dojść do szlaku, którym szedł Feniks. Oni chyba postanowili to samo, co my, bo spotkaliśmy się w środku lasu pomiędzy szlakami. Szliśmy tym lasem jakieś 250m w górę brodząc w śniegu do ud (Pacyna i Adam przecierali szlaki, za nimi szedłem ja z odpadającą podeszwą prawego buta).
W końcu doszliśmy do jakiejś cywilizacji. Do szlagu pomarańczowo-niebieskiego. Ja też nigdy takiego nie widziałem.
Znaleźliśmy szlak niebieski i poszliśmy nim. W moim odczuciu wędrówka na dziko przez las była łatwiejsza od tego szlaku. Serio. Nikt chyba nie chodził nim od roku.
Kilkadziesiąt metrów od szczytu spotkaliśmy, a raczej spotkał nas, druh Rudy, który jeszcze kilka godzin wcześniej twierdził, że albo my będziemy na szczycie pierwsi, albo dojdziemy tam równocześnie. W rzeczywistości czekał na nas dość długo aż w końcu postanowił zejść po nas.
Udało się, weszliśmy na szczyt. Chyba nikt z nas nie podejrzewał, że to będzie aż tak ciężka wędrówka. Moja podeszwa była odklejona w 2/3*. Pomiędzy nią a resztą buta było 5cm lodu i śniegu. Coś jak obcas. Nie siedzieliśmy długo na szczycie i po łyczku herbatki poszliśmy do schroniska wszamać batonika/zapiekankę/cokolwiek! i popić herbatką. W tym momencie omal nie wygadałem się (zdawałem milczka), bo gdy włączyłem telefon celem napisania SMSa moja klawiaturka odmówiła posłuszeństwa, co skończyło się zablokowaniem PINu. Prawie krzyknąłem “fcuk” ale jakoś się powstrzymałem. Na szczęście.
Zejście ze szczytu było dużo prostsze. Czerwony szlak był w dużo lepszej kondycji, zresztą w dół i tak idzie się przyjemniej. Przeszliśmy przez Jarnołtówek i jakąś małą wioskę by powrócić na główną drogę łączącą Zlate Hory z Głuchołazami. Po drodze zrobiliśmy zakupy (Feniks + Wilk składniki na spagetti, Dziki olej i sól na frytki). Może to przez zmęczenie, ale wydawało mi się wtedy, że jem najlepsze w swoim życiu spagetti.
Następnego dnia spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Opola.
Aha, po drodze był jeszcze apel kończący, na którym pozytywnie zamknąłem Milczka.
Warto wspomnieć jak wygadali się inni, bo na milczka zdawało 4 czy 5 osób.
Marta po wyjściu z autokaru powiedziała “Ale żal!”. Drugi był Tomek ze swoim “Ale w tej toalecie brudno”** a potem Kuba rzekł “O, kijanka!”.
Biwak zimowy XV Szczepu dobiegł końca na parkingu za Biedronką, gdzie wszyscy pożegnaliśmy się iskierką.
*Podeszwa odpadła mi metr od domu.
** W rzeczywistości brzmiało inaczej.